foto

Moje podwórko chyba zostało wybrane jako mająca przetrwać wieki żywa legenda PRL-u. Czemu? Już tłumaczę

Podwórko na moim osiedlu (o ile można to słowo zastosować w odniesieniu do miejsca jakim są Sejny) jest rozmiarów, krótko mówiąc, sporych. Obejmuje dwa małe parki oraz dwa, sorry, trzy place (nie zabaw, bo po co dzieciom z mojego osiedla plac zabaw, takie zwykłe place). W momencie kiedy wszystkie osiedla blokowe w naszym miasteczku są wyłożone ładną kostką brukową, płytą chodnikową bądź czymś równie cywilizowanym, na czym nie łamie się obcasów i nie gubi zębów, na moim podwórku leży cegła pamiętająca czasy kiedy to moja ulica nosiła nazwę Lenina. Wszystko byłoby ok, gdyby ów cegła nie leżała w sposób taki, jakby gdzieś na moim podwórku w przeszłości znalazło miejsce epicentrum trzęsienia ziemi o średniej sile. O sorry, zapomniałam, że kilka lat temu ZGKMWiK („komunala” w potocznych słowach) próbowała poprawić ów stan. Jak? Wygrzebując cegły, uklepując piasek pod spodem i kładąc te same cegły z powrotem. Tadam! Nie ma co, Polak potrafi.

Nie to jednak jest najbardziej frustrujące. Ale to, że jeżeli ktoś by zapragnął wybrać się wieczorem na spacer w okolice mojego bloku musi się uzbroić w:

a) latarkę, tudzież laskę do penetracji terenu przed sobą,

b) telefon z gotowym do wywołania numerem 112.

Powód? Egipskie ciemności zapadające po zmroku. Powód? Brak jakiegokolwiek oświetlenia. Oczywiście znikome źródło światła stanowią żaróweczki nad wejściami do klatek, które choćby nie wiem jak bardzo się starały, nie oświetlą całego osiedla, tym bardziej terenu znajdującego się za i z boku bloków. Zresztą, cudem jest jeżeli ktoś się pofatyguje i je zapali. Jednak czegoś na kształt latarni niestety brak.

W momencie kiedy latem nie stanowi to większego problemu, w porze jesienno-zimowej przyprawia mnie o stan podobny do tego, który osiągał główny bohater „Teksańskiej masakry…” tuż przed rzezią. Wystarczy godzina 19 z minutami wrześniowego dnia, a widoczność równa zeru w połączeniu z podłożem powoduje, że zwykłe przejście przez osiedle jest nie lada wyczynem. Bill Gryls nie powstydziłby się wyzwania… W najlepszym z przypadków potkniesz się 164 razy klnąc przy tym niemiłosiernie, bądź wzywając Pana Boga/Buddę/Allaha (niepotrzebne skreślić). W najgorszym - wyrżniesz twarzą w PRL-owskie cegły gubiąc przy tym uzębienie. Grozi Ci również:

a) złamanie obcasa,

b) skręcenie kostki,

c) niespodziewana kąpiel w kałuży,

d) natchnięcie się na wyrostków właśnie wyrywających słup drogowy z ziemi,

e) natchniecie się na wyrostków bazgrzących sprayem na murze „JP na 100%” tudzież „Kur#a z wioski na literę B”,

f) inne przypadki powodujące uszczerbek na zdrowiu fizycznym lub/i psychicznym bądź/oraz Twoim stanie majątkowym.

Co ciekawe, jakiś czas temu mieszkańców odwiedzał, bądź co bądź, miły dzielnicowy, pytający czy ktoś może nie widział czegoś podejrzanego na naszym osiedlu. A dokładniej? A dokładniej czy ktoś nie zauważył przypadkiem sprawców takich wydarzeń jak: kradzież kilku kompletów felg, celowych zarysowań samochodów, mazania wulgaryzmów na murach, narysowania karykatury Pana Premiera z wymownym napisem, że Pan ten zniszczy nasz kraj, rozbijania butelek… Mimo, iż zdarza mi się przy weekendzie spacerować w kierunku miejsca zamieszkania o dość późnych porach, odpowiadam: „Nie”. Jakiś czas potem staję się jednak świadkiem (właśnie podczas jednego z takich spacerów) wyrwania przez jakiś debili znaku drogowego. Jako, że drugim świadkiem był sąsiad goniący (z aparatem cyfrowym w rękach) uciekających półgłówków, sprawę pozostawiłam jemu.

Ale wracając do tematu dzielnicowego, policjant zaczyna monolog na temat tego jakie to patologiczne jest to osiedle i dlaczego tak się dzieje.

Może dlatego, że jest na nim ciemno jak w dup#e? Za przeproszeniem. Tzn., nie ma żadnego oświetlenia.” – mówię. („A może dlatego, że pełniący dyżur nocny policjanci wolą spać w radiowozach niż patrolować?” – dodaję w myślach.)

A wie Pani, kiedyś był nawet plan zamontowania na tym osiedlu kamer.” – odpowiada przedstawiciel prawa.

„A to ciekawe… Z funkcją noktowizora?” -  ripostuję z przyklejonym do twarzy uśmiechem nr 5 „Lekki sarkazm”.

Po wymianie uprzejmości Pan dzielnicowy pomknął dalej przeprowadzać wywiady. A ja się zastanawiałam, czy omijanie prostych rozwiązań na rzecz tych skomplikowanych jest rzeczą ludzką czy jedynie cechą Polaków…

Może to wszystko nie zirytowałoby mnie aż tak bardzo i olałabym sprawę, gdyby nie fakt mający miejsce w ostatnim czasie. Otóż doszła do mnie radosna nowina, że oto znalazł się wybawiciel zainteresowany sytuacją mroku zapadającego na naszym podwórku po zachodzie słońca, w postaci Pana Dyrektora sejneńskiego szpitala. Pan Dyrektor bowiem na sesji Rady Miasta poruszył temat zapomnianego osiedla, jak doszły mnie słuchy, ze skutkiem pozytywnym podobno. Radości nie było końca. Już snułam plany jak uczcić mającą ogarnąć nas jasność oraz dziękowałam w duchu losowi, że uniknę zbierania podpisów mieszkańców pod ankietą „My też chcemy mieć XXI wiek na swoim osiedlu Droga Rado Miasta”, a tu… ZONK.

Pewnego jesiennego słonecznego dnia wracam do domu, zaglądam do skrzynki, coś leży. „No nie… Pewnie znowu wyborcze śmieci…” myślę. Pisemko jakieś. Nadawca: ZGKMWiK. „Informujemy, iż dnia tego i tego, w tym i tym miejscu odbędzie się zebranie mieszkańców bloku w celu omówienia spornej sprawy zamontowania drzwi w korytarzu piwnicznym bla bla bla oraz oświetlenia przed blokiem bla bla bla. Podpisano ten i ten.” Chwila, oświetlenia? A co tu omawiać? Chyba że umiejscowienie, ok. Dla mnie rybka, oby było. Na spotkanie oczywiście się nie wybrałam. Po pierwsze, wolałam oszczędzić sobie sterczenia na klatce i wysłuchiwania zrzędzenia przedstawicielek Moher Group na temat niezbędności nikomu niepotrzebnych drzwi przedzielających klatkę nr 1 od klatki nr 2 w piwnicy. Po drugie, akurat w porze spotkania emitują mój ulubiony serial. Co do sprawy oświetlenia, przyjęłam, że jeżeli nie chodzi jedynie o umiejscowienie, a o problem czy takowe jest potrzebne, uznałam, że kwestia obroni się sama. O ja naiwna…

O sprawie prawie zapomniałam. Do czasu, gdy ma rodzicielka rzuciła hasło: „Oświetlenia nie będzie”. WHAT?! „No nie będzie oświetlenia.” To już przyjęłam do informacji. Pytanie: czemu? Bo jeżeli mieszkańcy takie chcą, to (uwaga!) muszą sami je sfinansować. (!) Nie wiedziałam czy zacząć się śmiać czy się wkurzyć. Ostatecznie najpierw zrobiłam pierwsze, potem drugie. Informację tą moja mater usłyszała od sąsiadki, która była na spotkaniu. Obrazu dopełnia wypowiedź owej sąsiadki: „Wie (Pani), mi to wszystko jedno z tym światłem, bo ja to wstaję ze słońcem i kładę z księżycem”. A o 5 rano słucham Radio Maryja na cały regulator… Monty Python się chowa.

Wyjaśnienia sprawy do końca nie znam. Zdanie: „Jeśli mieszkańcy chcą, to muszą się zrzucić” mnie nie satysfakcjonuje, więc planuję zebrać dokładniejsze info. A do tego czasu będę spacerować wieczorem po tej PRL-owskiej spuściźnie świecąc pod nogi telefonem, co by nie wpaść do jamy wypełnionej deszczówką zmieszaną z pyłem węgielnym i z zazdrością spoglądać w kierunku pobliskiego osiedla, które niczym Disneyland oświetlone zostało nowiutkimi latarniami na koszt miasta, ba! choinki świąteczne nawet na nich wiszą.

I przy tym wszystkim zapominam o jednym. Przecież na moim osiedlu nie mieszka żaden Radny, więc czego ja, nic nieznacząca istota, wymagam...


KOMENTARZE

(0)
DODAJ KOMENTARZ
Aby dodać komentarz musisz się zalogować. Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się za darmo!

 

Tworzenie stron www.stronki.pl stat4u